Recenzje książek

Życie bez pestycydów

Chcielibyście prowadzić winnicę w Burgundii? Ba, kto by nie chciał? Ale to wcale nie takie proste, zwłaszcza jeśli samemu ma się niepoukładane życie. O tym właśnie jest najnowszy film Cédrica Klapischa Nasz najlepszy rok.

Ta historia zaczyna się – zgodnie z zasadą Hitchcocka – od małego trzęsienia ziemi. Po śmierci ojca dwaj jego synowie: Jean (Pio Marmaï) i Jérémie (François Civil) oraz córka Juliette (Ana Girardot) dziedziczą burgundzką winnicę. Aby mogła stać się ich własnością, muszą zapłacić pół miliona euro podatku (naprawdę, takie są francuskie przepisy, więc nie narzekajcie na polskiego fiskusa). Żadne z nich w życiu nie widziało takich pieniędzy, więc zastanawiają się, co robić: czy sprzedać wszystko, łącznie z domem i kolekcją starych roczników (za jakieś 2 miliony euro), czy jedynie część działek (krążące wokół „sępy” oczywiście najchętniej kupiłyby tylko grand crusy), czy wreszcie sam dom.

Atmosfera tych dyskusji jest chwilami ciężka, nie tylko dlatego, że temat trudny, ale i dlatego, że każde z rodzeństwa ma swoje stresy. Jean jako młody chłopak opuścił dom, bo chciał zobaczyć trochę świata i bezustannie kłócił się z ojcem. Potem założył winnicę w Australii, ma dziewczynę i kilkuletniego synka, ale to życie jakoś mu się nie układa. Jérémie wyrzuca bratu, że nie przyjechał na pogrzeb matki i w ogóle olał rodzinę – trochę ma rację, ale też trochę mu zazdrości, że wybił się na niezależność. Sam ożenił się z Océane (Yamée Couture), córką bogatego miejscowego winiarza Anselma (Jean-Marie Winling) i pozostaje we władzy despotycznego teścia – tak w życiu zawodowym, jak i osobistym: np. chce robić własne wino, Anselm początkowo się zgadza, a potem rozmyśla się i proponuje zięciowi… prowadzenie spa; a kiedy w weekend Jérémie chce się wyspać po ciężkim tygodniu, teściowa łomocze bladym świtem do drzwi, żeby „zaprosić” młodych na rytualne śniadanie (propozycja jest oczywiście nie do odrzucenia). Z kolei Juliette, którą ojciec uznał za najzdolniejszą i wskazał jako swoją następczynię, boryka się nie tylko ze zbiorami i winifikacją, lecz także z panującym powszechnie patriarchalizmem. Kobieta w świecie wina, jakkolwiek świetna by była, wciąż musi wszystko wszystkim udowadniać. Gdy Ana Girardot zagadywała winiarzy-facetów, jak ma grać dziewczynę, która właśnie przejęła winnicę po ojcu, pytali ją, czy w tej roli będzie się zajmować księgowością. Miejscowa winiarka Alix de Montille (Domaine de Montille) opowiadała jej wiele podobnych historii z własnego życia.

Nasz najlepszy rok jest – cokolwiek gorzką – ale jednak komedią, więc wszystko kończy się (w miarę) dobrze: bracia się godzą, pierwsze wino Juliette zyskuje uznanie nawet u największych męskich malkontentów, a Jérémie umyka nadopiekuńczym teściom i wraz z żoną i synkiem wyprowadza się na swoje. Jean wraca do Australii i odbudowuje relacje z dziewczyną. Co więcej, niejako spłacając psychologiczny dług, postanawia sprzedać część swoich plantacji na Antypodach, żeby starczyło na podatek i wydzierżawia rodzeństwu własną część burgundzkiej winnicy na bardzo korzystnych zasadach. Słowem: okazuje się, że nie ma sytuacji bez wyjścia, a wszystko może wrócić na normalne tory – trzeba tylko trochę pomyśleć, pogadać, pójść na kompromis oraz – rzecz jasna – wypić parę butelek burgunda. To przywrócenie życiu naturalnego biegu przypomina scenę, w której sąsiad rodzeństwa, komercyjny winiarz Gérard (Eric Bougnon), w stroju niemal przeciwatomowym opryskuje jakimś świństwem swoją winnicę, a Jean odgania go od granicy własnej działki. To ładna alegoria: warto oczyścić swoje życie, choć wymaga to trochę wysiłku, a i nie zawsze i nie od razu się opłaca (w przełożeniu na „wierzchnią warstwę”: rodzeństwo jeździ prastarym renault, a Gérard – nowiutkim wypasionym audi).

Jeszcze słówko o motywach czysto winiarskich. Film to film i – parafrazując redaktora Oswalda z Motylem jestem – „panują w nim nieubłagane zasady widowiska filmowego”. Jeśli więc wyciskanie gron, to koniecznie czerwonych (dla ładności) i koniecznie stopami; jeśli biba na zakończenie winobrania, to tak ludyczna i barwna, że już bardziej nie można; jeśli odniesienie do sztuki winiarskiej (tu dylemat: odszypułkowywać, czy nie odszypułkowywać?) to powtarzane tyle razy, żeby widz na pewno zapamiętał. Ale – trzeba koniecznie dodać – wszystko to wykonano bardzo porządnie. Klapisch sam jest winomanem, po ojcu odziedziczył miłość do Burgundii, przyjaźni się też z tamtejszymi winiarzami (Marcela, menedżera i enologa winnicy gra Jean-Marc Roulot – aktor, ale też znany winiarz z Meursault). Więc z tymi nogami to nie ściema: najbardziej tradycyjni winiarze stosują tę technikę, aby ochronić delikatny charakter win z pinot noir przed przykrą goryczą ze zgniecionych w prasie pestek. Tak samo szypułki: tradycyjnie w Burgundii ich nie usuwano, żeby zawarte w nich garbniki dały winu pikantne aromaty i odpowiednią strukturę; obecnie są dyskusje, czy ma być więcej owocu (czyli nowocześnie – bez szypułek), czy więcej struktury i przypraw (czyli klasycznie – wtedy każdy winiarz samodzielnie ustala, jaki procent gron odszypułkować). Juliette szypułek pozostawia dużo, bo hołduje regionalnej i rodzinnej tradycji, a także ufa własnym winiarskim wizjom. Jest autentyczna i dlatego ludzie chcą pić jej wino. Z Naszym najlepszym rokiem jest podobnie. Filmowi można sporo zarzucić: mętną fabułę (którą dodatkowo zaciemniają bezustanne reminiscencje, spotkania bohaterów z nimi samymi z dzieciństwa, zmarłych z żyjącymi etc.), czułostkowość, psychologizowanie, takie sobie aktorstwo i taki sobie dowcip. Ale jedno jest tu pierwszej próby: autentyczność, prawdziwość i szczerość – zarówno jeśli chodzi o wino, jak i o ludzkie uczucia.  

Nasz najlepszy rok, reż. Cédric Klapisch 2017, 113 min., dystr. M2 Films

 

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz