Recenzje książek

Szwejk i wino

Po 25 latach odświeżyłem sobie lekturę kultowej powieści Jaroslava Haška, zwracając szczególną uwagę na to, jak jej bohaterowie piją wino. Wniosek? Zupełnie inny niż ćwierć wieku temu: to nie jest komedia. A jeśli już, to czarna.

Kiedy czytałem Przygody dobrego wojaka Szwejka po raz pierwszy (a było to bodaj w III klasie liceum) skupiłem się tylko na ich aspekcie komicznym – do tego stopnia, że, przypominając sobie jakieś sceny, ni stąd ni zowąd wybuchałem śmiechem w trakcie lekcji lub na ulicy, co nieraz przysparzało kłopotów. Jakoś umknęły mi ukazane w powieści wojenne i przedwojenne okropieństwa. A jest ich tam bez liku. Da się to zauważyć nawet wtedy, gdy podczas czytania nie wyjdziemy poza ściśle trunkową tematykę.

Austro-Węgry nie są bajkową krainą

Akcja powieści zaczyna się latem 1914 r., tuż po zamachu na następcę austrowęgierskiego tronu, arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, w praskiej gospodzie: „Pod Kielichem siedział tylko jeden gość. Był to wywiadowca Bretschneider, będący na służbie policji państwowej. Gospodarz Palivec zmywał podstawki, a Bretschneider daremnie usiłował wyciągnąć go na poważną rozmowę”. „Poważna rozmowa” miała rzecz jasna dotyczyć polityki, Bretschneider ma bowiem zadanie prowokowania knajpianych gości do zwierzeń na niewygodne tematy i aresztowanie ich za nieprawomyślne wypowiedzi. W ten sposób udaje mu się zamknąć Palivca (za wyznanie, że w jego lokalu muchy srały na obraz Najjaśniejszego Pana) i Szwejka – za jego przepowiedź rychłej wojny.

Dalej dowiadujemy się, że takich kapusiów jak Bretschneider było na c.k. służbie bez liku, a gdyby nie trunki i miejsca, w których się je podaje, prawdopodobnie tak wiele by nie wskórali. Gdy Szwejka osadzają w celi wraz z innymi „politycznymi”, okazuje się, że: „Wszyscy oprócz jednego zostali aresztowani bądź w gospodzie, bądź w winiarni albo w kawiarni. Wyjątkiem był niezwykle otyły pan w okularach, z oczyma zapłakanymi, którego aresztowano we własnym mieszkaniu; ten na dwa dni przed zamachem w Sarajewie w gospodzie U Brejszki płacił za dwóch serbskich studentów politechniki, a prócz tego widziano go pijanego w ich towarzystwie, w Montmartrze przy ulicy Łańcuchowej, gdzie, jak to potwierdził w protokole własnym podpisem, także za nich płacił. Widział go tam wywiadowca Brixi. (…) Pan małego wzrostu, którego spotkała ta przygoda w winiarni, był profesorem historii i wykładał właścicielowi winiarni dzieje różnych zamachów. Aresztowany został w chwili, kiedy kończył psychologiczną analizę zjawiska tymi słowy: – Idea zamachu jest tak prosta jak jajko Kolumba”.

Żeby było bardziej groteskowo, gdy Palivec dostaje 10 lat, a Szwejka wypuszczają, ten idzie Pod Kielicha i upija się winem z Bretschneiderem, który – wstawiony – posuwa się w prowokacji ciut za daleko i omal sam nie zostaje aresztowany za zdradę stanu: „Przy piątej ćwiartce Bretschneider oznajmił, że jest anarchistą, i spytał Szwejka, do jakiej organizacji przystać najlepiej. Szwejk odpowiedział, że razu pewnego jakiś anarchista kupił u niego psa leonbergera za sto koron i ostatniej raty mu nie dopłacił. Przy szóstej ćwiartce Bretschneider mówił o rewolucji i występował ostro przeciwko mobilizacji, na co Szwejk odpowiedział mu szeptem, pochylając się nad jego uchem: – Akurat przyszedł do lokalu jakiś gość, więc uważaj pan, żeby nic nie słyszał, bo mógłby pan z tego mieć przykrości”.

Wojna – matka degeneratów

Szwejk to również świadectwo tego, że ludzkie charaktery na wojnie się paczą. W zasadzie wychodzi na to, że często deprawuje już sama przynależność do C.K. armii. W powieści defiluje przed nami cały batalion mniej lub bardziej zwyrodniałych postaci.

Tą, która najbardziej rzuca się w oczy jest feldkurat Otto Katz – chlejus i karciarz: „Nabożeństwo odprawiał w sposób wysoce oryginalny, odwracając cały porządek mszy świętej; a gdy był mocno pijany, wymyślał nowe modlitwy, nową mszę świętą i swój własny rytuał, w ogóle coś, czego tutaj jeszcze nie było”. Katz jest wiecznie na bani, a gdy naprawdę przesadzi, miewa stany deliryczne. Piękna jest scena powrotu kapelana ze Szwejkiem (który pełni funkcję jego ordynansa) z imprezy u porucznika Helmicha. Dorożkę, w której jadą Katz bierze za tramwaj, to za pociąg, to znowu za klozet, a Szwejka za pułkownika Justa z 75 pułku piechoty. Zastanawia się na głos, czy koń ma duszę nieśmiertelną i czy może się dostać do nieba. Wyraża też najróżniejsze życzenia: „Życzył sobie, aby mu Szwejk wykręcił nogę, aby go przydusił troszeczkę, aby mu obciął paznokcie, wybił przednie zęby. Budziło się w nim pragnienie męczeństwa, więc domagał się od Szwejka, aby mu urwał głowę i rzucił ją do Wełtawy.”

Katz to degenerat ostentacyjny, lecz w sumie niegroźny. Tak samo zresztą, jak oberfeldukrat Lacina, również pijak i smakosz – autor powiedzenia, że żadnej potrawy nie wolno przeangielskozielić. Prawdziwie przerażający są cisi i grzeczni bohaterowie, jak pułkownik Schröder, których przeszłość i charakter wychodzi podczas zupełnie niewinnych dialogów, np. o jedzeniu i trunkach. Podczas rozmowy z porucznikiem Lukaszem Schröder wspomina, jak to kiedyś powiesili w jakimś miasteczku serbskiego handlarza winem, a „żołnierze znaleźli w jego piwnicy winko liczące sobie trzydzieści latek. Może pan sobie wyobrazić, jak cieszyliśmy się wszyscy” – kwituje opowieść.

Grog Rozpustnego Marynarza

A Szwejk? Szwejk jest w tym wszystkim ostoją normalności. I normalnie też pije: ze smakiem i sporo, jednak bez patologii. Ale to już zupełnie inna historia. PS W książce Austriackie gadanie, czyli encyklopedia galicyjska Mieczysława Czumy i Leszka Mazana znajduje się informacja, że w papierach po Hašku odnaleziono dokładny przepis na Grog Rozpustnego Marynarza, który Szwejk gotował feldkuratowi Katzowi, a który „ma być trunkiem tak mocnym, że po jego wypiciu można przepłynąć kanał La Manche”. Jest to grog nietypowy, bo z winem: „1/2 l wody zagotować z 2-3 ziarnkami ziela angielskiego, 6-8 ziarnami pieprzu, 10 goździkami, dodać kawałek cynamonu, trochę skórki z cytryny, sok z całej cytryny i 1/2 kg cukru. Po zagotowaniu wlać 3 l białego wina, 1 l koniaku, zaraz zagotować, ale uwaga, żeby nie wykipiało! Ustawić na stole (pod ręką), zdjąć przykrywkę, unoszącą się parę zapalić i natychmiast przykryć. Na tym uroczysty obrzęd gotowania grogu się kończy. A jeśli ci ktoś powie, że masz dodać wanilii, to mu daj w pysk”.

Jaroslav Hašek, Przygody dobrego wojaka Szwejka podczas wojny światowej, tłum. Paweł Hulka-Laskowski, PIW, Warszawa, s. 849

Mieczysław Czuma, Leszek Mazan, Austriackie gadanie, czyli encyklopedia galicyjska, Anabasis, Kraków 1998, s. 597

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz