Recenzje książek

Stefcia na salonach II

Dobre klimaty Pawła Gąsiorka jako żywo przypominają recenzowane tutaj niedawno Winne strony Marka Kondrata. Trochę w tej książce erudycji, trochę ignorancji, trochę pustosłowia i egzaltacji. I dużo (nierzadko przesadnej) miłości do wina. Zmówili się, czy jak?

Gąsiorek, podobnie jak Kondrat, to znany kupiec winny, właściciel krakowskiego Domu Wina. Jak pisze na IV stronie okładki Robert Makłowicz, Gąsiorkowi powinniśmy wszyscy dziękować, bo jako jeden z pionierów handlu winem w wolnej Polsce sprawił, że wróciliśmy do właściwego kręgu kulturowego „po latach azjatyckiej tułaczki”. Azjatyckie metafory zdobią Makłowiczowe pisanie od 100 lat, więc jeszcze przed otwarciem tomu poczułem, że jestem w bezpiecznej, oswojonej, niemal domowej przestrzeni. Uczucie swojskości pogłębiła podobizna Gąsiorka w pozie Stańczyka, w której to, również od co najmniej wieku, polscy artyści obiektywu ujmują zacne postaci, osobliwie prezesów firm i redaktorów naczelnych kolorowych czasopism – aby pokazać, że owe postaci intensywnie myślą.

Dobre klimaty to wybór felietonów publikowanych w Czasie Wina w l. 2010-2016. Jak pisze we wstępie Łukasz Modelski, autor jest „erudycyjny, ale i doraźny, opisujący sprawy bieżące. Dziś Dobre klimaty czyta się świetnie jako zbiór felietonów. Za dekadę czy dwie staną się one źródłem historycznym – tak szybko zmienia się świat wina.”

Co do tego, że książka to zwierciadło przechadzające się po gościńcu – zgoda. Co do erudycji i świetnego się czytania – różnie z tym bywa.

Gąsiorek świetnie wie, co w trawie piszczy, na bieżąco łapie i opisuje winiarskie trendy. W tekście z 2010 r. mamy rozważania o wyższości naturalnego korka nad zakrętką (albo odwrotnie) okraszone ciekawostką o tym, że w gajach korkowych hiszpańskiej Andaluzji i portugalskiego Alentejo żyje rzadki ryś iberyjski – tak więc przejście w 100% na zakrętki i wycięcie gajów byłoby zbrodnią nie tylko na kulturze, lecz i naturze. W 2011 r. autor broni win słodkich i ubolewa nad tym, że ludzie rzucają się na Pingusa 2006 (najdroższe hiszpańskie czerwone wytrawne, ok. 3 tys. zł za flaszkę), a nie chcą porto Kopke Colheita 1937 (ok. 2,5 tys.). Ładnie pisze, że „słodziaki” może i nie pasują do współczesnego zagonionego świata, pasują za to „do pogodnego popołudnia w zielonym ogrodzie, do kominka, w którym palimy wieczorną porą jesienią czy zimą, pasują do dobrego towarzystwa, ale też do samotnego kieliszka, gdy trzeba zastanowić się nad życiem. Pasują do nocnej Polaków rozmowy”. Z kolei w 2013 r., kiedy głośno mówiło się o niepodległości Katalonii (23 stycznia kataloński parlament przyjął deklarację suwerenności) Gąsiorek opisał ten region i stwierdził, że jako suwerenne państwo w kwestii wina Katalonia poradziłaby sobie świetnie, nie mając problemu ani z jego jakością, ani z ilością. W tej drugiej kategorii, produkując, jak dziś, 3,4 mln hektolitrów rocznie, zajęłaby ex quo z Grecją ósme miejsce w Europie.

Gąsiorek jest lepszym niż Kondrat podglądaczem rzeczywistości, więc tu i ówdzie trafiają się perełki. Autor zauważa np. zjawisko przechodzenia na wina białe wśród facetów po 40-tce (wątroba pęka od tanin?) i radzi, co pić po tej konwersji, żeby było smacznie i niebanalnie: „Już cesarzowa Maria-Teresa poznała uroki juhwarku [tj. juhfarku – przyp. ŁK], endemicznego szczepu porastającego stoki byłego wulkanu w Somló. Podobno nic nie działa bardziej prokreacyjnie niż stosowna dawka baraniego ogona (juhwark – po polsku ‘barani ogon’). Dobitnie udowodniła to cesarzowa, matka szesnaściorga potomków.”

Biegając po krakowskim Lasku Wolskim (Kamień milowy) felietonista konstatuje, że Polacy ostatecznie i nieodwołalnie pokochali wino, albowiem wśród tradycyjnych poimprezowych artefaktów – butelek po piwie i winie, dostrzega po raz pierwszy w życiu flaszkę po hiszpańskim tempranillo. Ten tekst przeżyłem osobiście, gdyż – chyba mniej więcej w tym samym czasie (marzec 2014) i niemal w identycznej sytuacji – znalazłem na polu w swojej rodzinnej wiosce Strzeszynie k. Biecza butelkę po czerwonym bordeaux.

Piękny jest felieton Co piją panowie – o tym, jak Gąsiorek usiłował sprzedać wino do pewnego domu weselnego. Jego właściciel oświadczył mu, że po pierwsze, on alkoholu nie sprzedaje, bo przywożą go państwo młodzi – gdyby wprowadził inne zwyczaje, straciłby klientów. Po wtóre, na weselach w ogóle się wina nie pije, nawet do obiadu. – Głównie to drinki piją, no i whisky – powiedział ów domoweselnik. – Wina, panie, to bardzo mało schodzi, przeważnie jakieś cztery-pięć butelek przez całe wesele. Jakieś – wie pan – ciocie, starsze panie. Bo panowie winka nie piją. 

Z merytoryką u Gąsiorka jest OK, pod warunkiem, że nie opuszcza dobrze sobie znanego winnego świata.

O piwie pisze np. tak: „Czechy to kraj, gdzie wymyślono współczesną technologię produkcji piwa, tzw. metodę górnej fermentacji, dla uproszczenia na etykietach nazywaną pilzner, bo w czeskim Pilznie to się stało”.

Wszystko źle. Górna fermentacja wcale nie jest „współczesna”, tylko – przeciwnie – pierwotna i stara jak świat. Pilzner to po prostu gatunek piwa. Rodzaj fermentacji to tylko jedna z jego cech; aby coś się stało pilznerem, piwowar musi też użyć określonego rodzaju słodów, chmieli etc. I najważniejsze: pilzner jest piwem nie górnej, a DOLNEJ fermentacji, pierwszym masowo produkowanym w ten sposób od 1842 r. Co nie znaczy, że wcześniej trunków takich nie robiono – wystarczy wspomnieć słynne bawarskie marcowe (Märzenbier), znane już od XVI w.

O wódce czytamy: „Wódka czysta regularnie od lat traci pozycję, co zmusza jej producentów do rozwijania różnych owocowych i smakowych odmian, w czym można widzieć powrót do tradycji polskich nalewek.”

Lojalnie uprzedzam, że jeśli te słowa przeczyta mistrz Karol Majewski (Nalewki Staropolskie), zadzwoni do autora i zrobi mu przymusowy pięciogodzinny wykład na temat różnic pomiędzy tradycyjną polską nalewką, a wódką zaprawioną owocowym morsem. Błędy jednak można autorowi wybaczyć. Gorzej z – podobną Kondratowej – egzaltacją à la Stefcia Rudecka, tudzież winnym szowinizmem. Naprawdę, nie mam już siły czytać o przewodniej roli wina w cywilizacji, czy o wyższości narodów wina nad narodami piwa i wódki (Gąsiorek serwuje te odgrzewane kotlety m.in. w felietonie Winooptyka futbolowa, gdzie udowadnia supremację krajów wina na ME 2012 w piłce kopanej – nawet jako żart jest to niestrawne). Zadziwiające przy tym, że optyka autora w magiczny sposób zmienia się na prowódczaną, gdy jego firma zaczyna produkować serię wódek Dwór Sieraków – p. Trzy procenty robią różnicę, jesień 2015.

No i te Stefciowe okrzyki, westchnienia!

„Wino jest celebracją życia i jego afirmacją.”
„Jest więc wino ważnym szańcem obronnym slow life’u.”
„Zamknięte w butelce, zakorkowane naturalnym korkiem i pochodzące od małego rodzinnego producenta. Udało mu się obronić przed globalną urawniłowką.”

O tak. Zwłaszcza Carlo Rossi – chciałoby się dodać. Ale czy w obliczu miłości tak żarliwej i ślepej nie lepiej po prostu taktownie milczeć?

PS Świetne i przezabawne rysunki jak zawsze znakomitego Andrzeja Zaręby. Przedstawiają głównie Polaków przaśnych albo sarmackich, jednak zawsze w towarzystwie wina. Wynika z tego, że dzikość i szlachetność nie zawsze są przeciwieństwami i mogą iść w parze.

PPS „Żywiec ważony był w arcyksiążęcym browarze” (s. 60). Halo, halo, czy jest na sali korektor?

Paweł Gąsiorek, Dobre klimaty, Wydawnictwo Czas Wina, Kraków 2016, s. 142

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz