Recenzje książek

Spodkanie w narożniku

Na rozpoczęcie roku akademickiego przydałby się jakiś wykład. Polecam Semantykę libacji alkoholowej profesora Rocha Sulimy. Zabawne i pouczające!

Esej o swojskich, współczesnych libacjach

Słowa „libacja”, „wykład” i „profesor” automatycznie wiodą nasze myśli ku starożytności i ofiarom dla bóstw w formie wylewania na ziemię cennych płynów – głównie wina, lecz także oliwy, wonnych olejków, czy też (w tradycji hinduistycznej) klarowanego masła ghi. Ale to trop fałszywy. Esej prof. Sulimy, znanego kulturoznawcy, historyka kultury, antropologa kulturowego i folklorysty, umieszczony w tomie Antropologia codzienności, opowiada o libacjach jak najbardziej swojskich i współczesnych.

Pierwsze, co zwraca uwagę w tym tekście, to zderzenie do bólu zwyczajnego przedmiotu badań z naukowym językiem, który czasami trudno rozpracować bez słownika wyrazów obcych. Roi się tu od „autotelicznych”, „funkcjonalizacji”, „trankwilizatorów”, „dyskursów”. i „proksemik”. Mamy też całe zdania w rodzaju: „(…) żarty (…) przelotnie destrukturalizują grupę, tworzą podgrupy wymiany tych tekstów, różnicują zawiązującą czy potencjalizującą się całość”. W efekcie wszystko ociera się o autoparodię i przypomina skecze Stanisławskiego z cyklu Mniemanologia stosowana, albo Wstęp do imagineskopii Śledzia Otrembusa-Podgrobelskiego. No i dobrze. Naukowcom to widać potrzebne, a zwykły czytelnik ma podwójną uciechę.

Pięć kategorii libacji

Roch Sulima dzieli libacje na pięć kategorii.

  1. Zwyczajowo-obrzędowe. Spotkania związane z cyklem agrarnym (zakończenie żniw, wykopków, siewów), cyklem rodzinnym (wieczór kawalerski, chrzciny, osiemnaste urodziny, wesele), cyklem świątecznym (sylwester, Nowy Rok). Spotkania tego typu „otwierają” bądź „zamykają” istotne sekwencje życiowe, podkreślają potrzebę święta i doniosłość przeżywanych zmian.
  2. Wieńczące/otwierające. Stanowią współczesną odmianę spotkań zwyczajowo-obrzędowych i są włączone we współczesne rytuały zmiany (np. podwyższenia) statusów społecznych. To libacje z okazji awansu w pracy, zdania matury, kupna nowego samochodu, czy nawet comiesięcznej wypłaty [istotnie, ona także podwyższa status społeczny, choć tylko chwilowo, a na jak długo dokładnie, to zależy m.in. od intensywności libacji – przyp. ŁK].
  3. Spotkaniowe. Charakteryzujące się stabilnością miejsca, swoistą terytorialnością, ale odbywające się najczęściej poza wyspecjalizowanymi instytucjami takimi, jak restauracja, bar itp. Wśród libacji tego typu profesor wymienia np. przypadkowe spotkanie starych kolegów z wojska, oglądanie w TV meczu piłkarskiego, czy – popularne w PRL-u – improwizowane popijawy w pracy, np. w kotłowni, w pakamerze na budowie itp.
  4. W drodze. W sposób wyraźny naruszające wymogi terytorialności, charakteryzujące się przemieszczeniem do innej dzielnicy, miasta, czy krainy geograficznej. Są to więc spotkania alkoholowe: w podróży (np. w pociągu); na żaglach; na kursokonferencji; na szlaku turystycznym; na wycieczce; na biwaku; na wakacjach; na daczy lub działce; na konferencji naukowej [dodajmy: na wyjeździe integracyjnym – ŁK]. Szczególnym przykładem spotkania „w drodze” jest odyseja alkoholowa.
  5. Egzystencjalne. Spotkania przy alkoholu z samym sobą. Towarzyszą doświadczaniu samotności, zmartwień, kłopotów itd. Czasem jest to również swego rodzaju „zaklinanie rzeczywistości” – np. „picie na pogodę” przy deszczu.

Antropologiczna opowieść czyli spotkanie w narożniku

Profesora Sulimę szczególnie interesują libacje typu spotkaniowego i im właśnie poświęca dalszą część eseju. Dokładnie jest to antropologiczna opowieść o pijaczkach z warszawskiej Saskiej Kępy, których autor obserwuje. Raport jest dość obszerny i zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń, których – przechodząc ulicą – zwykle nie czynimy.

Czy wróciliście np. uwagę, że uczestnicy owych popijaw spotykają się przeważnie na rogach ulic? Sulima tłumaczy to teoriami z zakresu psychologii ekologicznej. Narożnik to nie tylko miejsce charakterystyczne, do którego łatwo trafić. Ważne są tu także krawędzie, które w sposób naturalny tworzą bariery – wydzielają z ulicznej rzeczywistości pewną przestrzeń, którą łatwo zdefiniować, uznać za „swoją” i tak też nazwać.

Ciekawe są spostrzeżenia nt. ubiorów uczestników libacji: „Zimą spotkać można m.in. czapki futrzane z nutrii o modnym wówczas [na przełomie l. 1970/80 – przyp. ŁK], jesionki z kołnierzami obszytymi tymże futrem, a także wytarte bułgarskie kożuchy i buty z cholewkami. Strój wiosenno-letni jest już wyraźnie współczesny, dominuje dżins oraz adidasy, które chętnie nosi się także zimą”. Bardzo ważnym rekwizytem jest czapka, którą: „można strącać »dla żartu« koledze, manifestacyjnie zdejmować przy jakimś okazjonalnym »dzień dobry«, można w zdenerwowaniu rzucać nią o ziemię, gwałtowanie inicjując lub finalizując w ten sposób jakąś minisekwencję zachowaniową”.

Sulima pisze o dwóch funkcjach takiego staromodnego (i zawsze jednakowego) stylu. Po pierwsze, to symboliczna tęsknota za „lepszymi czasami”, w których uczestnicy libacji byli „kimś” i nosili modne wówczas ciuchy. Po drugie, charakterystyczny i niezmienny wygląd chroni przed policją, która – rozpoznając daną grupę – od razu wie, że nie jest ona niebezpieczna i nie nęka jej za picie na ulicy.

Autor przedstawia także dokładny scenariusz tego typu libacji. Jej zasadnicze części to: czekanie, zawiadamianie się, zbieranie się, składanie się, kupowanie (z obowiązkowym wychwalaniem ekspedientki), otwieranie butelki, rozlewanie i picie. Pisze także o języku (werbalnym i niewerbalnym) biesiadników oraz o różnych, spełnianych przez nich rytuałach. Jeden z nich, o dziwo, prowadzi nas do starożytnych źródeł: „(Pod wpływem alkoholu) dokonuje się otwarcie na kogoś następnego (kolejnego), kto mógłby przyłączyć się do mikrowspólnoty »my«. Można zaprosić do siebie i w ten sposób uhonorować kogoś z przechodniów. Stąd ożywa na przykład rytualne pozostawianie resztek: »Zostaw trochę… na wszelki wypadek«, co mogło kiedyś znaczyć: »odlej dla bogów«.

Profesor Sulima napisał swe studium w 1997 r. „Napowietrzne libacje” grup spotkaniowych, zwanych też w tekście grupami celowymi zawiązanymi do spożycia alkoholu były już wtedy stare jak świat, więc aż się prosiły o uwiecznienie. Czy doczekamy się antropologicznej analizy nowych form alkoholowych spotkań? Byłoby pysznie poczytać o semantyce degustacji komentowanych, festiwali winiarskich, dziennikarskich kolacji z producentami, czy też klubowych wyjazdów do Włoch.

Profesorze – prosimy!

Roch Sulima, Antropologia codzienności, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Kraków, 2000, s. 194

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz