Recenzje książek

Pogranicze z winem w tle

Od Bieszczadów do Tokaju Stanisława Orłowskiego to próba wskrzeszenia – przynajmniej na papierze – starego traktu kupców winnych, wiodącego z południowo-wschodniego Podkarpacia na północ Węgier. Czy udana? Sprawdźmy.

Trasa, którą proponuje autor – znany przewodnik beskidzki – zaczyna się w Jaśle. Z niego podążamy przez Polskę, Słowację i Węgry, by dotrzeć do Tokaju. Po drodze zwiedzamy m.in. Krosno, Sanok, Zagórz, Komańczę, Medzilaborce, Humenné, Michalovce, Trebišov, Sátoraljaújhely, Sárospatak i Tolcsvę.

Jeśli chcecie, jak ja, przebyć ten szlak za jednym zamachem, uzbrójcie się w dzban mocnej kawy, bo miejscami będziecie przysypiać. Orłowski pisze w niezapomnianym stylu PRL-owskich przewodników wydawanych przez PTTK. Historię każdej niemal miejscowości wywodzi od Adama i Ewy, a przynajmniej od neolitu. Lubuje się też w opisach wojen i innych rzezi, ze szczególnym uwzględnieniem podpaleń, osobliwie przez bandy UPA, tatarów, czy wojska Rakoczego w 1657 r.

Nie znaczy to jednak, że brak tu ciekawostek. Dowiadujemy się np., że „Początkiem XV stulecia jednym z wójtów Jasła był słynny rycerz spod Grunwaldu Zyndram z Maszkowic”. Albo że w słowackich Medzilaborcach jest muzeum sztuki nowoczesnej poświęcone Andy’emu Warholowi, którego rodzice pochodzili z pobliskiej wioski Miková. Czy też – że w Sátoraljaújhely na Węgrzech (kto ciekaw prawidłowej wymowy tej arcyskomplikowanej nazwy, niech zajrzy tu) znajduje się Kalwaria Węgierska. Jest to „14 pomników ustawionych na wzór kapliczek jak w chrześcijańskich kalwariach. Znajdują się na nich herby 38 miast dawnych Wielkich Węgier, utraconych przez ten kraj w wyniku traktatu w Trianon w 1920 r. oraz cytaty wybitnych postaci podkreślające ich związki z Węgrami”. Warto by tam jeszcze umieścić tablicę upamiętniającą Pierwszą Węgiersko-Galicyjską Kolej Żelazną (rok uruchomienia 1872), która wiodła z Budapesztu, przez Michalovce, Medzilaborce, Przełęcz Łupkowską, Zagórz i Chyrów do Przemyśla. Jej upadek rozpoczął się właśnie po 1920 r., kiedy to – realizując ustalenia z Trianon zakazujące Węgrom posiadania kolei dwutorowych – rozebrano drugi tor na linii Mihályi-Łupków.

Ale my tu gadu-gadu o historii i ekscentrycznych łemkowsko-amerykańskich artystach, a miało być o białym winie. Wbrew tytułowi, jest z nim w tej książce lekki problem. Myślałem, że autor – opisując poszczególne miejscowości – będzie śledził ich winiarską przeszłość i serwował tematyczne kurioza. Niestety, czyni to bardzo rzadko. Właściwie najciekawiej jest we wstępie, kiedy tłumaczy, dlaczego wino z Węgier do Polski wożono głównie zimą: trunki były chronione nie tylko przed „ugotowaniem” przez upał, ale też przed zbójami, którzy kryli się wówczas w swych gawrach – łatwo było ich wytropić po śladach na śniegu.

O zamku Brekov (Słowacja) Ostrowski powiada, że: „W 1473 r. spędził [w nim] zimę król [Węgier] Maciej Korwin ze swoim wojskiem przed wyprawą na Podkarpacie. Pijał tutaj wówczas wina o nazwie Te deum barko wino” – szkoda, że autor nawet nie próbuje ustalić, jakiego rodzaju trunek to był. O wsi Vinné (Słowacja) czytamy: „W owym czasie [l. 70. XIII w.] wytwarzała 8000 wiader wina rocznie”. A o Malej Tŕňie i piwnicach tamtejszej winiarni Čelejka: „W najstarszej odkryto wyryte na miękkich ścianach tufu wulkanicznego receptury wyrobu win tokajskich, co jest osobliwością w skali europejskiej”.

Takich ciekawostek jest może jeszcze dwie-trzy i to wszystko. Wino w tej książce pojawia się głównie w tematycznych ramkach – i są to same ogólnikowe banały i/albo rzeczy zupełnie „od czapy”, niemające związku z tytułem książki. Kilka przykładów: Domowy [sic!] wyrób wina białego, Wino i jedzenie, Ogólne zasady degustacji i podawania wina, Wino w przekazach biblijnych [to chyba rekord świata w dyscyplinie „wypracowania nie na temat”], Jak zamawiać wino itd. itp. Naprawdę, nie tego oczekiwałem po przewodniku historyczno-krajoznawczyo-winiarskim!

Jakby tego było mało, owe ramki zawierają przekłamania, albo kompletne bzdury. Np. na str. 160 stoi, że: „W 1631 r. protestancki pastor Szepsi Laczkó Máté wyprodukował pierwsze wino Tokaji Aszú”. Pomijam, że swoje nazwiska Węgrzy zapisują „odwrotnie” (najpierw nazwisko, potem imię) – a więc po polsku winno być Máté Laczkó Szepsi, podobnie jak np. Sándor Márai, a nie Márai Sándor. Ważniejsze, iż historyjka o pobożnym pastorze, który zwlekał ze zbiorami z powodu oblężenia okolicy przez Turków to tylko legenda, w rzeczywistości aszú wynaleziono znacznie wcześniej. Zresztą autor sam sobie zaprzecza, pisząc na str. 179: „Wina aszú znane były już w 1590 r.”.

Mieszanie fikcji z rzeczywistością to jednak mały pikuś. Znacznie gorzej, że trafiają się poważne błędy merytoryczne. „Stare wino jest lepsze od młodego” (s. 87). „Korki szklane przetrwały do dziś jedynie w karafkach używanych do dekantowania wina” (s. 94). Czyżby? A Vinolok? Znów o tokaju aszú: „Dla uzyskania jakości [???] do młodych win wytrawnych dodaje się dwa lub [!!!] sześć puttonów suszonych winogron.” (s. 155). I dalej o nim: „Kiedyś przeznaczone było jedynie dla głów państw, królów węgierskich i polskich, cesarzy Austro-Węgier i Rosji, monarchów i książąt, a nawet dla papieży.” (s. 176). Bujda na resorach – kupował, kto chciał i miał pieniądze. Na str. 179 autorowi myli się tokaj eszencia (ultrasłodki samociek z owoców aszú o bardzo małej (do około 6%) lub nawet zerowej zawartości alkoholu) z tokajem fordítás (wino uzyskane poprzez zalanie suchych owoców już raz wykorzystanych do zrobienia aszú). Itd. itp.

Na szczęście Ostrowski rehabilituje się w części turystycznej, podając adresy i (w niektórych przypadkach) opisy wartych odwiedzenia winiarni. Chociaż właściwie – nie wiadomo, czy wartych, bo autor o jakości wina milczy, podając tylko podstawowe dane (kontakty, ceny degustacji), ew. uzupełniając je o historię winnicy, czy (sporadycznie) ciekawostki – jak np. ta, że w winiarni Bodnár w Sátoraljaújhely można podziwiać największą na Węgrzech kolekcję ekslibrisów o tematyce winiarskiej. Wśród wymienionych winnic jest sporo takich, za których jakość ręczę – porządnych, czy nawet wybitnych – np. Jasiel (Polska), Ostrožovič (Słowacja), Arvay, Oremus, Disznókö (Węgry).

Fundamentalne pytanie: czy poleciłbym Od Bieszczadów do Tokaju przyjacielowi chcącemu spędzić fajne wakacje? Tak, ale tylko jako lekturę uzupełniającą. Trasa jest dobrze pomyślana i solidnie (choć trochę drętwo) opisana, jednak część stricte winiarska pozostawia wiele do życzenia. Inna sprawa, że niewiele trzeba, by ją poprawić. Szanowny Wydawco, pomyśl o nowej, lepszej edycji!

Stanisław Orłowski, Od Bieszczadów do Tokaju. Szlakiem wina białego, BOSZ, Olszanica 2012, s. 192

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz