Wino i nie tylko

Poezja etykietowa, czyli metoda kapitana Klossa

Już niedługo pojawią się na rynku nowe wina z roku 2017. Także polskie. Ciekaw jestem, jaki procent tych butelek opisanych będzie normalnie, tj. z rocznikiem i nazwą szczepu/ów, a jaki za pomocą „poezji etykietowej”.

Cóż to jest owa poezja i skąd się bierze? Otóż, żeby móc umieścić na etykiecie rocznik i szczep, trzeba się poddać kontroli odpowiednich instytucji i za to zapłacić. Polak – wiadomo – płacić nie lubi, zwłaszcza państwu, wielu winiarzy podjęło więc wyrafinowaną grę z wrogiem, oznaczając swe flaszki aluzyjnie. Oto kilka przykładów. 44Winnice Dziedzic: hiBnoza (hibernal 100%).Winnica Talary: Talaris (solaris 100%). Winnice Wzgórz Trzebnickich: Parfum (pinot gris i gewürztraminer po 50%).Winnica Płochockich: Ro Do (rondo 100%), Rege (regent 100%), Sey Sey (seyval blanc 100%).Winnica Jaworek: Pinore (pinot noir 100%). Winnica Modła: Wrestling XV (riesling 100% – r. 2015), Młody Cfajgeld (zweigelt 100%). Metodę oznaczania rocznika cyframi rzymskimi stosują też obecnie Płochoccy – kiedyś mieli jednak jeszcze ciekawszy system: tło etykiety stanowiła półprzezroczysta materia utkana z biegnącego ciurkiem napisu po angielsku, np. twelve twelve twelve. To kamuflaż zupełnie jak w starym skeczu Zenona Wiktorczyka Hans Kloss. Rozmowa telefoniczna: „Hallo! Przepraszam was, Błyskawica. Musiałem kazać sekretarce wyjść z pokoju, bo mam rozmowę z tajną organizacją podziemną… Tak. Już wyszła. Możemy rozmawiać swobodnie. Brunner pewnie ma nas na podsłuchu, ale rozmawiamy po polsku, to nie rozumie”.

Śmiech śmiechem, ale poważnie: dlaczego niektórzy winiarze uchylają się przed kontrolą, płaceniem i certyfikatami? Wiadomo przecież, że dobrze oznakowane wino to połowa rynkowego sukcesu. Zwłaszcza istotny jest szczep – wcale nie tak dawno temu przekonali się o tym Austriacy, którzy pod wpływem nowych prądów marketingowych, płynących z Nowego Świata całkowicie zmienili design swoich etykiet, kładąc nacisk właśnie na informację o szczepach – z dużym sukcesem. Sam pamiętam wykład w Klosterneuburgu (mógł to być rok 2006 lub 2007) o marketingu wina, podczas którego prelegent z dziką radością znęcał się nad europejskimi (zwłaszcza francuskimi) butelkami, udowadniając, że Stary Świat przegrywa rynkową konkurencję z Nowym niejako na własne życzenie, wypuszczając wina ze słabymi graficznie i kompletnie pozbawionymi ważnych informacji etykietami. Dziś ponad 90% win na świecie oznaczanych jest nazwą szczepu.
Jakiś czas temu podniosły się głosy, że certyfikacja w Polsce za dużo kosztuje i jest zbyt uciążliwa dla winiarzy. Czy rzeczywiście?
Ceny są następujące. Za kontrolę winnicy – 202 zł, jeśli jej łączna powierzchnia nie przekracza 1ha i 202 zł za pierwszy hektar oraz 19 zł za każdy kolejny hektar uprawy w przypadku większych winnic. Za kontrolę zgodności nazwy lub nazw odmian winorośli ze stanem faktycznym – 10 zł za każdą odmianę; kontrola zgodności rocznika ze stanem faktycznym – gratis (wliczona w opłatę za kontrolę winnicy). Za dojazd do winnicy: 8,40 zł – za odległość do 10 km; 21 zł – 10-50 km, 63 zł – 50-100 km; 104 zł – 100-150 km; 146 zł – 150-200 km; 167 zł – powyżej 200 km. Za pracę urzędnika – 21 zł za każdą rozpoczętą godzinę.

Gołym okiem widać, że to nie żadne miliony, nawet gdyby winiarz był na etapie eksperymentów z dopasowywaniem odmian do winnicy, zbierał owoce 40 czy 50 odmian, z każdej odmiany robił wino i chciał je sprzedawać z oznaczeniem szczepu.
Zgodnie z prawem, kontrolę „na wniosek Wojewódzkiego Inspektora Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych [do tej instytucji składa się wniosek – przyp. ŁK], przeprowadza Wojewódzki Inspektor Ochrony Roślin i Nasiennictwa właściwy ze względu na miejsce wyrobu wina”. Jak to technicznie wygląda i czy istotnie jest uciążliwe? Jacek Turnau (Winnica Turnau), którego o to zapytałem, się nie skarży. – Kontrola – mówi – jest przeprowadzana głównie na podstawie analizy dokumentów, np. faktur za zakup sadzonek określonych odmian winorośli, dziennika produkcji opisującego to, co się działo w winiarni itp. Inspektorzy jadą też do winnicy, upewniają się, czy winorośle deklarowanych odmian rzeczywiście rosną i czy jest ich wystarczająco dużo, by winiarz mógł z nich zrobić deklarowaną ilość wina; sprawdzana jest też zawartość kadzi w winiarni. Kontrola nie jest ani długotrwała, ani męcząca.
Mitem okazały się również krociowe kwoty, jakie winiarze rzekomo oddają państwu w zamian za certyfikaty. Rzeczniczka prasowa GIJHARS, Izabela Zdrojewska poinformowała mnie, że: „W minionym roku gospodarczym opłata [za certyfikcję] wynosiła średnio 399 zł, natomiast najwyższa jednorazowa opłata wyniosła 849 zł, przy czym dotyczyła kontroli dużej winnicy, która zgłosiła do certyfikacji 20 odmian winorośli z powierzchni upraw 19 ha”.

Jak więc widać, są na świecie rzeczy straszniejsze niż certyfikacja win polskich. Wielu winiarzy ma chyba podobne zdanie, bo liczba wniosków o certyfikację z roku na rok rośnie. Zdrojewska: „W bieżącym roku gospodarczym 2017/2018 do właściwych WIJHARS wpłynęło łącznie 68 wniosków o przeprowadzenie certyfikacji, z czego 66 dotyczyło certyfikacji wina z określonego rocznika i określonej odmiany winorośli, 1 dotyczył certyfikacji wina z określonego rocznika, 1 dotyczył certyfikacji wina z określonej odmiany winorośli. W minionych latach gospodarczych dane w zakresie liczby wniosków przedstawiają się następująco: 2012/13 – 10; 2013/14 – 12; 2014/15 – 17; 2015/16 – 31; 2016/17 – 46”.

Wszystko to cieszy – jak każda rzecz, która zmierza ku normalności. Jedyne zmartwienie to, że osłabnie prężny nurt poezji etykietowej. Gdyby jednak znaleźli się jego kontynuatorzy, to mam dla nich (zupełnie gratis) trzy nowe pomysły. Prostą, a dotąd niewykorzystaną ideą jest zapisywanie nazw i roczników wspak – np. „Siralos 7102” zamiast „Solaris 2017”. Można też zastosować prosty szyfr podstawieniowy (np. A = 1, Ą = 2, B = 3 itd.), do którego klucz rozpowszechniłoby się drogą ploteczkową. Można też wreszcie powrócić do szczenięcych zabaw w dodawanie do słów „narodowych” końcówek, np. angielskich (rieslingejszyn, regentejszyn, solarisejszyn), rumuńskich (rieslingescu, regentescu, solarisescu), albo gruzińskich (rieslingadze, regentadze, solarisadze).
Niech – drodzy wieszcze winiarscy – wena będzie z wami, a muza was nie opuszcza!

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz