Recenzje książek

Historia bladej rosie

Lubicie się zakładać? Jeśli tak – uważajcie! Bohaterowie tej książki, na skutek jednego małego zakładu musieli zjeździć całą Francję, odwiedzić ponad 100 winnic i pomyśleć o poważnej zmianie swego życia.

Wszystko zaczęło się od nieporozumienia. Troje Anglików: autor Smaku Prowansji Jamie Ivey, jego żona Tanya i przyjaciel domu Peter Tate spędzało wakacje w ukochanej Prowansji. Ostatniego dnia jedli obiad w restauracji hotelu Sénanque koło Gordes. Towarzyszyła im mieszkająca w Montpellier siostra autora Claire z roczną córeczką Rosie. Na stole była butelka wina rosé zamówiona do obiadu. Przy sąsiednim stoliku właśnie kończyła deser żona miejscowego winiarza – Miriam Etienne. W pewnym momencie rozzłoszczona czymś Rosie rzuciła w madame Etienne swoim pluszowym misiem, a ta odniosła go do stolika Anglików. W tej właśnie chwili rozpoczęła się komedia omyłek.

Jamie i Peter mówili bardzo źle po francusku, Claire – płynnie, Tanya się dogadywała. Peter, który „czerpał wielką przyjemność z nazywania rosé imieniem Rosie”, powiedział (mając na myśli stojącą na stole flaszkę), że to najjaśniejsze (najbledsze) Rosie w całej Francji. Madame Etienne (myśląc, że ów mówi „Rosie”, bo nie potrafi prawidłowo wymówić „rosé”), odparła, przedrzeźniając, że to jej mąż Bernard robi najbledsze „Rosie” w całej Francji. Co z kolei słabo mówiący po francusku i trochę podchmielony Jamie przetłumaczył na głos: „Madame sądzi, że istnieje dziecko bledsze od Rosie”. Na co Peter (mając na myśli dziewczynkę, która rzeczywiście tego dnia nie czuła się najlepiej i wyglądała blado): – Przekona się pani, że to jest najbledsza Rosie w całej Francji! Na co ona (wciąż mając na myśli stojące na stole wino, urażona porównaniem do trunku jej męża, który uważała za najbledszy): – Skoro tak, to mi je przywieźcie!

Peter (znów nieświadomie) przyjął zakład, Tanya i Claire prawie umarły ze śmiechu, a madame wręczyła Anglikom wizytówkę i wyszła.

Wróciwszy do Londynu, Jamie, Tanya i Peter stwierdzili, że właśnie zrobili coś absolutnie szalonego – ale nie wycofali się. Stanęło na tym, że jeśli wygrają zakład, będą do końca życia dostawać gratis różowe wino z Château Etienne. Jeśli przegrają, znajdą winnicy brytyjskiego importera. Termin zakładu upływał następnego roku, podczas święta winobrania. Najdziwniejsza ekspedycja w historii ekspedycji wyruszyła 20 kwietnia rozpadającym się ze starości bmw Petera, czule zwanym Betty. Przez następnych sześć miesięcy dokonała inspekcji ponad 100 winnic w całej Francji, szukając cierpliwie swego świętego Graala. Zadanie postawiono przed nią niełatwe – wino od państwa Etienne było bowiem: „tak przejrzyste, że nosiło w sobie ledwie wspomnienie koloru – łagodny róż chmury podświetlonej przez zachodzące słońce na kilka chwil przed zmierzchem albo niknące odbicie różowej rafy koralowej na dnie spokojnego oceanu”.

Sprawozdanie z tej wyprawy to, jak się możecie domyślić, typowe opisy Francji tworzone przez Anglików, pełne tak ciętej ironii („Kobiety były obwieszone tonami złota, gdyby poszły popływać, z pewnością by utonęły”), jak cielęcego zachwytu. Tamtejsi kierowcy są dzikusami. Piesi kierują podróżnych na manowce (nie znają drogi, ale duma nie pozwala im się do tego przyznać). Czterolatki piją rosé zmieszane z wodą i jeszcze mówią, że im smakuje. W Saint-Rémy-de-Provence para z Normandii poucza naszych argonautów, że po kawie nie pije się już czerwonego wina, a kir należy sporządzać nie z byle jakiego białego, ale koniecznie z aligoté – i wręcza im butelkę. Gdzieś tam w Prowansji nie można wchodzić w bermudach na basen – zarządził tak ekscentryczny burmistrz, jakich w okolicy bez liku. Gdy Claire rodzi drugie dziecko, szpital przysyła ojcu, który chce w tym uczestniczyć i rezerwuje pokój w szpitalu, listę win do wieczornego posiłku, z prośbą o informację, jakie dla niego przygotować. W Apt podróżnicy spotykają orszak weselny – państwo młodzi jadą na starym motocyklu marki triumph; Tanya wzrusza się i płacze, a w końcu wyspiarska ekipa zostaje zaproszona na ślubne przyjęcie.

Oczywiście, pełno tu scen obżarstwa – w restauracjach i w prywatnych domach. Langustynki, ostrygi, chipolatas (białe kiełbaski przyprawiane np. szałwią, tymiankiem, gałką muszkatołową albo papryką), andouillette (kiełbasa z flaków wieprzowych lub cielęcych), steki z mięsa krów rasy blonde d’aquitaine pieczone na suchych pędach winorośli, podawane z sosem z czerwonego wina i szalotek, daube (prowansalski gulasz z wołowiny, z tapenadą i anchois)… wszystko to tylko mała część tego, co bohaterowie tej książki zjedli – uprzedzam, że na głodniaka czytać się o tym nie da.

Tym, co w 50 winach nieco mnie zaskoczyło, jest forma przekazu. Bońkowski zawsze pisał dość powściągliwie i, rzekłbym, klasycznie. Aż tu nagle wyskakuje ze stylistycznymi fajerwerkami, co więcej udanymi. Oto kilka próbek.

Smak Prowansji to jednak przede wszystkim książka o winie, a o rosé w szczególności. Odwiedzając winiarzy i w ogóle ludzi z branży, Jamie, Tanya i Peter dowiadują się różnych ciekawych rzeczy – a my, czytelnicy, wraz z nimi.

„Bum! To wino jest jak kometa spadająca na ziemię.” – to o naturalnym Partida Creus Cabe’s 2012.

Długo np. nie rozumieją, co winogrodnicy mają na myśli mówiąc „nieporozumienie seksualne”. Okazuje się, że: „to metoda zwalczania szkodników, rodzaj pułapki. Mały pojemnik zamocowany na końcu każdego rzędu winorośli rozpyla feromony, które wabią samce. W ten sposób samice szkodników nie znajdują partnerów seksualnych i nie mogą się rozmnażać”.

Chyba najciekawszą sceną jest wizyta w prowansalskim Vidauban, w jedynym na świecie laboratorium ds. różowego wina, któremu szefuje Gilles Masson. Bada ono wpływ pogody, gleby i wieku krzewów na smak napitków – a materiał do eksperymentu jest bardzo obszerny – aż 500 różnych win spoczywających w piwnicy. Masson tłumaczy przybyłym, dlaczego w ogóle ludzie pokochali różowe wina: mają już dość ciężkich, tanicznych czerwonych „potworów”, na które modę wprowadził w l. 1990. Nowy Świat. Poza tym: „rosé jest atrakcyjne dla młodszej części społeczeństwa. Zamiast siedzieć przy stole i godzinami debatować nad zaletami czerwonych i białych trunków, młodzi chcą wina, które nie byłoby tak wymagające intelektualnie, wina do picia, a nie omawiania”. Kiedy rozmowa schodzi na temat zakładu, okazuje się, że wg klasyfikacji prowansalskiego instytutu, odcieni rosé jest aż 15, a każdy ma własną nazwę – to m.in. malina, palisander, różowy marmur, łosoś, łupina cebuli, koral, cegła…

Anglicy pokazują dyrektorowi butelki, dzięki którym mają nadzieję wygrać zakład; ten porównuje kolory owych win ze specjalnym wzornikiem i… nie! tego nie zdradzę. Nie ujawnię też, kto zwyciężył. Powiem jedynie, że walka toczy się do ostatnich sekund (a nawet w doliczonym czasie), a końcówka jest pełna forteli i nieoczekiwanych zwrotów akcji, jak w porządnym kryminale. Jeśli chcecie w tym uczestniczyć, przygotujcie smakowite przekąski, butelkę dobrze schłodzonego rosé (vel Rosie) i zasiądźcie do lektury – to całkiem fajny pomysł na początek wakacji.

Jamie Ivey, Smak Prowansji. Niezwykła opowieść o miłości do wina, tłum. Alka Konieczka, Wydawnictwo Pascal, Bielsko-Biała 2012, s. 319

Wybraliśmy dla Ciebie:

Bądź pierwszy! Napisz swój komentarz...

Napisz komentarz